|
PRZEZ CIERPIENIE DO ŚWIĘTOŚCI
Bł. August Czartoryski wyniesiony został na ołtarze 25 kwietnia 2004 roku przez Papieża Jana Pawła II, w dzień, w którym Kościół wspomina św. Marka Ewangelistę.
I nie jest to przypadek. Ewangelia św. Marka, to "Ewangelia Jezusa Chrystusa, Syna Bożego"
- jak zaznaczył autor w pierwszych słowach swojego dzieła stanowiąca źródło dla innych ewangelistów (Mateusza i Łukasza).
Św. Marek ukazuje istotny wątek posłannictwa Jezusa:
od chrztu, poprzez przemienienie, proces, mękę i śmierć na krzyżu, do zmartwychwstania, które jest ostatecznym dopełnieniem zbawczego dzieła Boga.
Ewangelista zwraca szczególną uwagę na zrozumienie, czym jest Królestwo i co dla tego Królestwa powinniśmy uczynić:
np. ofiarować samego siebie, własne życie
- "Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je" (Mk 8, 35);
dla Ewangelii należy opuścić braci i siostry, rodziców i pola (Mk 10, 29).
Przyjrzyjmy się Augustowi Czartoryskiemu i najważniejszym datom z jego życia.
Z łatwością zauważymy, że to życie
- to swoista Ewangelia człowieka wątłego, schorowanego, cierpiącego, kroczącego niemal od urodzenia drogą krzyżową.
Czy my, żyjący w trzecim tysiącleciu, powinniśmy zwracać uwagę na tą wątłą postać?
My, którzy zajęci zdobywaniem dóbr doczesnych, zagubieni w chaosie cyfr, zagłuszani coraz to bardziej wyrafinowanymi reklamami, spieszymy by osiągnąć...
- co?
- mądrość komputera, wszechświat i ...?!
Czy przypadkiem nie do nas kieruje Jezus słowa:
"Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele..." (Łk 10,41).
Książę August zapewne od początku znał wszystkie Ewangelie.
Wiedział, że każda z nich to prapoczątek i koniec drogi chrześcijanina, że "w domu Ojca jest mieszkań wiele" (por. J 14,2), a więc i dla niego pełnego rozterek, poszukującego, schorowanego i cierpiącego.
A cierpienie rozumiał książę August doskonale.
Wiedział, że ból fizyczny czy ból duchowy, jest skutkiem grzechu i ran jakie zadał on naturze ludzkiej.
A my, świadomi skutków grzechu pierworodnego, pomni na słowa Papieża Jana Pawła II, który powiedział:
"Istnieje Ewangelia
- rzec można
- wyższa:
Ewangelia cierpienia, którą trzeba głosić, by przygotować przyszłość każdej rodziny i przyszłych rodzin" (1994)
- czy pamiętamy o tym, czy zdajemy sobie z tego sprawę.
Czyż nie należy właśnie dziś, w czasach przewartościowania niektórych pojęć, upadku wartości
- czyż nie należy dziś mówić o bł. Auguście, tym wielkim skarbie i drogowskazie, tętniącym pulsem żywej Ewangelii?!
Urodził się w dzień Matki Bożej Anielskiej (2 VIII 1858), ochrzczony został w uroczystość Matki Bożej Śnieżnej (5 VIII 1858), gdy jarzyły się iskierki nadziei na wskrzeszenie Polski, niosąc zarazem płomień wielkich przemian.
Karmiony i piastowany przez mamkę zdrową i sprowadzoną z Polski, rósł jak ten cieplarniany kwiat w promieniach sztucznego światła.
I pierwszy krzyż, pierwszy ból, na jego drodze:
wypełniona po brzegi kaplica, w niej na katafalku ukochany dziadek, książę Adam Jerzy (zm. 15 VII 1861) i trzyletni książę August, który odmawiać musiał publicznie i po polsku:
"Zdrowaś Maryjo".
Jeszcze nie ochłonął z pierwszego kontaktu ze śmiercią, z bólu, a już nowy ból, nowy krzyż
- stan zdrowia matki w zastraszającym tempie pogarsza się.
Dziecko żądne ciepła i miłości jest od niej izolowane, by nie zaraził się od chorej gruźlicą.
Brak mu również ojca, księcia Władysława, wodza narodu, trybuna spraw Polskich.
I 19 sierpień 1864 roku kolejny straszliwy ból
- umiera matka.
Ojciec nadal zajęty.
Zdradzony przez sprzymierzeńców, utraciwszy nadzieję na zmartwychwstanie Ojczyzny, na powrót do rodowych majątków, ratuje to, co się da uratować, a więc godność działacza i wodza narodu, włości w Sieniawie.
W XIX wieku pojęcie Ojczyzny i dóbr majątkowych było nierozłączne
- było dziedzictwem tak duchowym, jak materialnym. I w takim duchu dorastał książę August.
Grzeczny, układny, nad wiek rozwinięty, szybko nauczył się poddawać woli starszych, ufać im, pilnie wykonywać zlecenia.
A ponieważ był wątły
- lekarze w trosce o jego zdrowie nie opuszczali go nawet na chwilę.
Nie miał w związku z tym August kontaktu z rówieśnikami, a nauki pobierał w domu.
Pozbawiony matki, a właściwie i ojca, August, stał się dzieckiem powolnym, skrytym i milczącym
- jego wychowawcy mówią nawet, że również
- upartym.
W wieku 10 lat książę August przestępuje progi Liceum im. Karola Wielkiego w Paryżu.
W tej ekskluzywnej szkole mały emigrant (ma już za sobą krótki pobyt w Sieniawie, spotkanie z krewnymi w Galicji i w Prusach) pojmuje, że znajduje się na obcej ziemi, że kształci się w obcym języku, że musi pokonać brak samodzielności, nauczyć się nawiązywania kontaktów z rówieśnikami.
Mimo męczącego kaszlu "chłopiec robi postępy".
Jednak ojciec zatroskany zdrowiem syna, przerywa mu naukę i wysyła do Sieniawy, potem do Krasiczyna (posiadłość Sapiehów) i Krakowa.
Młodziutki August poznaje Ojczyznę.
Upaja się bogactwem jej roślinności, szumem łanów pszenicznych, pięknem sędziwej brzozy, zachwyca zwinnością i lekkością leśnej zwierzyny.
Zamyśla się nad trumnami przodków i matki w grobowej krypcie.
Zastanawia się nad kruchością nadziei i dążeń
- zatrzymując się przy dzwonie Zygmunta, czy na dziedzińcu dostojnego Wawelu.
Wsłuchuje się w głos trąbki płynący z Mariackiej wieży. Uczy się katechizmu.
"Do wielkich rzeczy stworzył cię Bóg" - mówi, już wówczas skrytemu i bardzo wrażliwemu, Augustowi, ksiądz Grill. I rodzi się świadomość, może jeszcze nie pełna, ale...
Z Paryża przyjeżdża ojciec. Zbiera się familijna rada
- podejmują decyzje co do dalszych losów księcia Augusta. Ustalają miejsce i termin I Komunii.
Wrzesień 1871 roku, krypta grobowa, a w niej trumny przodków. Szczupły i nad wiek wysoki, trzynastoletni August, klęka na klęczniku przykrytym gobelinem z herbem rodowym Czartoryskich, na wprost trumny matki.
Przyjmuje Chleb Życia i być może przenosi się na chwilę przed tron Boga.
Z zamyślonej twarzy emanuje radość.
Życie, cierpienie, Chrystus, powołanie - oto co od tej chwili zaprzątać będzie pilnego, obowiązkowego i wątłego księcia.
Ten do tej pory zamknięty chłopak wychodzi do ludzi z otwartym sercem.
Każdy dzień wypełnia nauką w Liceum i dodatkowo w domu.
Tłumaczy dzieła francuskie i rzymskie, uczy się języków.
Ale choroba nie daje za wygrane, stopniowo coraz skuteczniej opanowuje jego siły.
I znów przerywa naukę, by kształcić się w domu. Znów doświadcza samotności.
Nowy wychowawca - Józef Kalinowski (późniejszy św. Rafał, karmelita)
- który ma na życzenie księcia Władysława, pogłębić patriotyzm, wyczulić na sprawy społeczne, przygotować syna do zadań wyznaczonych przez urodzenie
- otacza księcia Augusta ciepłem przyjaźni, wskazuje, że oprócz posłannictwa płynącego z nazwiska, istnieje cel najistotniejszy:
służba Bogu.
Stwarza sobie i chłopcu świat surowy, ascetyczny, a przy tym sugeruje ojcu, że młody człowiek powinien dorastać wśród rówieśników, gdzie będzie mógł znaleźć przyjaciół, wymieniać z nimi zdania, współzawodniczyć w nauce i sporcie.
Niestety plan Kalinowskiego nie może być zrealizowany.
Gruźlica coraz większe czyni spustoszenia w organizmie młodego Augusta.
Zamiast do szkoły, wraz z wychowawcą, wędruje po sanatoriach i uzdrowiskach.
I jest to czas przemyśleń, nadziei i załamań, rozumienia potrzeby ascezy, pokonania egoizmu, czas poświęcony na czytanie biografii św. Alojzego Gonzagi i św. Stanisława Kostki.
Jest to czas rekolekcji.
Ponieważ nie na takie wychowanie liczył książę Władysław, po trzech latach
pożegnał opiekuna syna.
Wówczas to, drugi raz w życiu, książę August wyraża swoją wolę
- i tym razem prosi, by na pamiątkę ofiarować Kalinowskiemu dzieła Homera, jak również, by w jego wędrówkach po uzdrowiskach towarzyszyła mu zawsze osoba duchowna.
Pragnie bowiem codziennie uczestniczyć we Mszy św., przyjmować sakramenty, praktykować.
Tej prośby ojciec nie mógł odmówić, a będąc przekonany, że "szlachcic polski
- dobry katolik", oddaje Augusta pod opiekę ks. St. Kubowicza.
Nim jednak ten duchowny objął wychowawstwo
- August udaje się do Hiszpanii, w towarzystwie pana Rucińskiego, oschłego, niezbyt zdrowego, zamkniętego odludka.
Nie łatwe było obcowanie ze sobą obu mężczyzn, a chory książę, zmuszony był opiekować się niedomagającym wychowawcą.
Jeśli do tego dołożymy gwar, nieregularny tryb życia, późne obiady, konieczność przestrzegania konwenansów
- nie dziwmy się, że to wszystko osłabiało i tak wątłego Augusta, że choć miło przyjęty, czuł się zdecydowanie źle w hiszpańskiej rodzinie.
Bogate uroczystości religijne, kolorowe korowody i pontyfikalne nabożeństwa, przypominały Augustowi raczej spektakle operetkowe niż modlitwę, a atmosfera nie sprzyjała rozmowie z Bogiem.
I tego najbardziej brakowało księciu Augustowi.
Z tego też powodu cierpiał najbardziej. Cierpiał, ale nie skarżył się, raczej pokornie prosił o uwolnienie od uciążliwego opiekuna.
Tymczasem ojciec czynił starania do przekazania sukcesji po sobie synowi. Ale dziewiętnastoletniemu Augustowi nie imponował dobrobyt, wysokie własne koligacje, ani też nie interesowały go zabawy, czy młode, zalotne, księżniczki. On tęsknił do ciszy. Był skupiony i dużo się modlił. Pragnąc uniknąć grzechu - unika towarzystwa.
Czy był August mizantropem - nie! Już wówczas dojrzewała w nim świadomość, że życie jego potoczy się inną drogą, drogą niezniszczalną, drogą ku sprawom wielkim.
W sierpniu 1879 roku August osiąga pełnoletność - na tę chwilę czekał niecierpliwie ojciec, widząc w nim swego następcę.
Przepisuje synowi posag po matce, uruchamia w Krakowie filię Biblioteki Polskiej, która z czasem miała przerodzić się w Muzeum Narodowe Czartoryskich, by w ten sposób wkupić się w łaski cesarza Franciszka Józefa, władcy "nowej ojczyzny", w obrębie której leżała Sieniawa. Postarał się również o uzyskanie przez Augusta obywatelstwa Austro-Wegierskiego. Nie wiemy jakich użył argumentów, ale niewątpliwie wychowany w kulcie rodzinnych tradycji książę August bardzo boleśnie musiał odebrać ten krok.
Tylko jeden krzyż został Augustowi darowany - wcielenie do armii. Tym razem choroba okazała się być błogosławieństwem.
Pełnoletni książę ponownie znajduje się na drodze duchowych rozterek. Posłuszny woli ojca nie może poradzić sobie z głosem powołania. Długo rozmawia ze stryjenką Marią Ksawerą Czartoryską, karmelitanką w Krakowie. To najprawdopodobniej od niej słyszy, że tylko w klasztorze znaleźć można spokój, że tylko w klasztorze godność człowieka wiąże się z godnością sług Bożych. I znów rozterka - przecież jest pierworodnym, przecież na nim spoczywa obowiązek przedłużenia rodu. I wizja klasztoru, ciszy i duchowej radości...
Wysłany przez ojca do Algieru poznaje założyciela Ojców i Sióstr Białych, późniejszego biskupa Lavigerie.
Tam też widzi, że nie pokutą i kontemplacją, a ciężką pracą, pełną wyrzeczeń, oderwać się można od dóbr ziemskich. I znów czas zadumy, czas wątpliwości...
I krótki pobyt w Sieniawie i wyjazd, w celach tym razem zdrowotnych, do Kairu, gdzie spotyka Henryka Sienkiewicza.
Rozmowa ze znanym już wówczas pisarzem nie przynosi jednak Augustowi ulgi. On szuka czegoś więcej, a patrząc na Morze Czerwone, rozpamiętuje sceny Starego Testamentu.
Tymczasem w kraju rodzina czeka, by podjął decyzję co do małżeństwa. Kandydatek jest sporo - wszystkie zakochane w jego wdzięcznym uśmiechu, w rozmarzonych oczach, nie dopuszczają myśli, że ten powabny młodzieniec może nie ulec ich wdziękom. Namawiany przez ciotki-swatki nie odmawia kategorycznie, ale też i nie wypowiada się konkretnie. W tej kwestii podobny jest do młodzieńca z Ewangelii św. Jana, który spytał: "Nauczycielu co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne". I usłyszał: "Idź sprzedaj wszystko co masz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i choć za Mną!"(J 10, 21)
I August zrozumiał młodzieńca - on też jest bogaty. Ale przecież na nim spoczywają oczekiwania sukcesji rodowej. Co robić? - znów rozterka... I jeszcze ta pamięć tych, którzy pożegnali ojczysty kraj, zrezygnowali z rodzimego języka, służyli całym swoim życiem arabskiej nędzy, prowadząc ją do Chrystusa.
Rekolekcje w Starej Wsi. Kilka dni w skupieniu. I znów wyjazd do Paryża, gdzie przybył ks. Jan Bosko, założyciel Zgromadzenia Świętego Franciszka Salezego. Kapłan, który wyszedł na ulicę, wyszedł do nędzy, który podjął pracę wśród opuszczonych, dzieci i młodzieńców. Wyszedł, by towarzyszyć im i przygotować ich do życia.
Zaproszony do Hotelu Lambert odprawia ks. Bosko Mszę św. dla zgromadzonej tam rodziny Czartoryskich. Dzięki temu stają naprzeciw siebie: sędziwy kapłan i szczupły, lekko pochylony potomek wielkiego rodu. "Dawno chciałem pana poznać" powiedział ks. Bosko. Czy było to proroctwo? Nie zastanawiając się nad tym zbyt długo jedno należy stwierdzić, że po serdecznej rozmowie i częstej korespondencji, książę August, przyjął przewodnictwo ks. Bosko, że choć nadal pozostawał uległym, pełnym szacunku i miłości do najbliższych, to jego kariera została zagrożona.
Wykorzystując nadarzającą się okazję, odwiedza książę August Turyn i oratoria, tętniące życiem i radością młodych chłopców, przyuczających się do zawodu. Zasiada do skromnego obiadu ze stolarzami, krawcami, rzemieślnikami. Obserwuje tych młodych jak na boisku zmagają się z piłką. To tu w Turynie, po raz pierwszy, czuje się ukojony, tu znajduje miejsce bez konieczności przestrzegania konwenansów, a za to miejsce, gdzie panuje twórcze współdziałanie z Bogiem. Cierpi na duchu, a nieobecność ks. Bosko jeszcze bardziej pogłębia ból. Ale nie upada. Nadal dużo się modli. Zawierza Bogu swój krzyż, swoje rozterki, swoje cierpienia fizyczne.
Kolejny raz odwiedza Turyn, gdy wraz z delegacją na czele której stał jego ojciec, udawał się do Rzymu, w związku z 200-letnią rocznicą zwycięstwa pod Wiedniem. Książę Władysław wiezie papieżowi obraz Jana Matejki, przedstawiający króla-rycerza, który na apel Bożego namiestnika wyrusza pod Wiedeń, aby ratować chrześcijaństwo, a który po zwycięstwie powiedział: "Przybyłem, zobaczyłem, Bóg zwyciężył!". Przemierzając Prowincję Novary, August odłączył się od delegacji, by na chwile zboczyć do Turynu. I tym razem nie zastał ks. Bosko, ale dzięki gościnności ks. Rua, kontemplował piękną Bazylikę NMP Wspomożycielki Wiernych, podziwiał spokój i gorliwość młodych zakonników.
Naładowany świeżą energią, po jednym dniu, opuścił gościnnych zakonników i udał się do Rzymu, by wraz z ojcem przyklęknąć u stóp papieża. Jeszcze raz spojrzał na przywieziony obraz. Sobieski - dostojny, na bojowym rumaku, nagle objawia się księciu zupełnie w innym wymiarze. Widzi August, że nie tylko bogactwo, koligacje, mają znaczenie, że rachunki Boże inne są niż ludzkie.
Już prawie pewny swego powołania, śle listy-wyznania i początkom delikatnie, a później bardziej stanowczo, informuje ks. Bosko o chęci wstąpienia do zgromadzenia. Ale doświadczony duszpasterz sceptycznie odnosi się do planów młodego księcia. Radzi odłożyć decyzję, bardziej gorliwie modlić się, być uległym prośbom ojca. Stwierdza, być może nawet zbyt brutalnie: "nie ma w zgromadzeniu miejsca dla możnych".
August jeszcze bardziej zamyka się w sobie. Stroni od ludzi. Myśli i modli się. Zwiększa jedynie ilość wizyt w klasztorze, u stryjenki Marii Ksawery Czartoryskiej, która w rezultacie wysyła list do księcia Władysława, że "nie wydaje się słusznym łamać pragnienia Gucia".
Książę Władysław z uporem stara się przygotować syna do sukcesji po nim. Wyjeżdża razem z nim do Anglii i cierpliwie, z dużą wyrozumiałością, pokazuje zakłady produkcyjne, szkoły zawodowe, a nawet wzorowe przedszkola. Wplatając od czasu do czasu uwagi typu: "Zmiłuj się Guciu... nie ma czasu do stracenia... Walory ordynackie są już gotowe... ja się starzeję, już nie mogę...".
Odpowiedzialny, obowiązkowy, a przy tym jak wszyscy Czartoryscy ambitny, ceniący wolę ojca August, znów poddany jest "biczowaniu". Cierpi - i to cierpi podwójnie. Raz, że stał się przyczyną smutku najbliższych, a dwa, że trudno mu znaleźć odpowiednie argumenty, na potwierdzenie swoich racji, które przyjmuje jako wolę Bożą.
Pragnąc przełamać swoją stanowczość, wraca do Sieniawy i oddaje się nawet energicznie sprawom przyszłej ordynatury. Ale jednocześnie coraz częściej zamyśla się, wpatruje i adoruje Krzyż Chrystusa, wznosi modły do Matki Bożej Bolesnej, jako do Tej, która najlepiej rozumie cierpienie. Często przyjmuje Komunie św., codziennie uczestniczy we Mszy św. Długie godziny spędza na rekolekcjach u ojców jezuitów, a nawet kilkakrotnie wyjeżdża do Turynu, by tam w ciszy oratorium, pod kierownictwem ks. Bosko lub wyznaczonego duszpasterza czytać, dyskutować, medytować. Towarzyszy swojemu mistrzowi w nawiedzaniu najbiedniejszych środowisk w mieście. Razem z nim czyni miłosierdzie, żałując, że Dobry Bóg odmówił mu ubóstwa, że nigdy jego naturalnym udziałem nie była prostota życia. Z tego powodu czuje się nawet okaleczonym.
"Myli się książę - w Towarzystwie Salezjańskim nie ma dla niego miejsca" - słyszy kolejny raz. Przyjmuje werdykt z pokora. Nie unosi się ambicją. Pokornie cierpi, modli się, i nadal prowadzi ożywioną korespondencję z mistrzem i czeka, czeka...
Znów mija czas, ks. Jan Bosko nie ustępuje. August wykorzystuje jeszcze jeden chwyt - udaje się do Rzymu i przedstawia swój problem papieżowi Leonowi XIII. Po szczerej rozmowie z hierarchą słyszy: "Niech książę jedzie do ks. Bosko. Niech mu powie, że wielce będziemy zadowoleni, jeśli usłyszymy, że książę został zaliczony w poczet jego synów. Życzeniom papieża on pewno nie odmówi... Proszę być dobrej myśli".
Wraca książę August do Sieniawy i sposobi się do decydującej rozmowy. Przypomina sobie słowa zapisane w Ewangelii św. Marka: "Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz..., a życia wiecznego w czasie przyszłym (Mk 10,29-30). Porządkuje sprawy majątkowe i wyjeżdża do Turynu. Oznajmia jednak ojcu, by nie traktował jeszcze jego decyzji jako ostatecznej. Musi sam poznać życie zakonne, dać poznać siebie. Najwyraźniej nie brał pod uwagę, że ks. Bosko i jego następcy przez cztery lata mogli obserwować gotowość kandydata. Że przez ten okres dał liczne dowody pokory, dobrej woli, posłuszeństwa, gotowości do ubóstwa, umiłowania czystości myśli i ciała.
Po półrocznym pobycie w zgromadzeniu, 24 listopada 1887 roku, August zaprasza bliskich na obłóczyny - sutannę otrzymuje z rąk samego ks. Bosko. Radość chwili zakłóca jednak informacja, że ojciec nie przybędzie, gdyż się rozchorował (niedomagania księcia Władysława nękały go od dawna, ale w tym wypadku być może je trochę wyolbrzymił). W ten sposób, choć młody salezjanin dopiął swego, to krzyż dźwigać musi nadal i nie stał się on ani odrobinę lżejszy.
Życie zakonne nie okazało się dla Augusta sielanką. Z natury samotnik, teraz musi żyć w grupie, pokonać wrodzoną powolność, zajmować się porządkiem, pracą w ogrodzie czy gospodarstwie, spożywać skromne posiłki. Wszystko to musiało stanowić wielki ciężar dla chorego, a przy tym nie nauczonego samodzielnie wykonywania nawet najprostszych czynności (czynił to służący Antoni, który nie opuszczał Augusta ani na krok).
"Do niczego nie jestem zdolny" - mawiał August, przyjmując jednocześnie ten brak, jako krzyż, który pozwolono mu nieść wraz z Chrystusem.
I kolejne cierpienie. Wielki ból. - 31 stycznia 1888 roku umiera ks. Jan Bosko. August zostaje sam, ze swoim niepokojem, nieporadnością, z obawą, że jest dla zgromadzenia ciężarem. Ten krzyż staje się jeszcze cięższy, gdy czyta w listach od rodziny, że przyjęty został do zgromadzenia dla majątku. Szczególnie cierpienia sprawiały mu listy ojca: "Wychowałem cię, trzydzieści lat dla ciebie pracowałem, majątek urządziłem (...). Byłeś przed twoim powołaniem wzorowym synem, uległym, otwartym i kochającym (...). A przecież duchowni odznaczają się poświęceniem dla rodziny i zawsze przed opuszczeniem świata porządkują (...) świeckie interesy (...). Chcę, byś dotrzymał przyrzeczeń i dopomógł w dokończeniu ordynacji. To jest twoim nieuniknionym obowiązkiem wobec Boga i wobec ludzi i pod grubym grzechem nie możesz usunąć się od tego".
August cierpi. Nawet słowa Jezusa: "Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do Królestwa Bożego" (Łk 9,62) nie przynoszą mu ulgi. Przyjmuje wyrzuty ojca jako krzyż: "Być może, że z mojej winy nie przyszedłem wcześniej do postanowienia (...). Don Bosko namawiał mnie, abym o tym napisał do Papy. Przyznam, że dość się z tym ociągałem".
Droga do Boga - to droga przez cierpienie, a droga do świętości też nie jest łatwa - przychodzi z trudem i nie od razu. Wiedział o tym August, a jednak stchórzył, ociągał się, milczał, zwlekał z podjęciem ostatecznej decyzji - bo bał się ojca, ale czy tylko? Nie! August tak po ludzku bał się cierpienia rodziny, ale też i cierpienia swojego, które przy całej wrażliwości było jeszcze bardziej dokuczliwe niż świadomość bólu wyrządzona najbliższym. Bo wiedział August, że jego decyzja spowoduje krzywdę rodzinie, tak ją pojmował - stąd przyjmował ją jako stację drogi krzyżowej, którą pokonać musiał w samotności.
Niewątpliwie pomocne w tej pielgrzymce do świętości, jako specyficzne "memento mori" było słowo umieszczone na drzwiach refektarza czy oratorium: "wieczność" - skarb za którym tęsknił niemal od dziecięcych lat, od chwil, które może wówczas nie rozumiał, gdy czuwał przy trumnie ukochanego dziadka, czy gdy łzy bólu spływały na trumnę matki. Czyż nie myślał o wieczności, gdy zabiegi dziadka i ojca, dotyczące losów Ojczyzny, przekreślone były jednym niemal podpisem, bo zmieniły się układy. August, jak nikt mógł doświadczyć kruchości i niepewności planów ludzkich. I dlatego burzył się przeciwko nim. Nie poddawał się losowi, który przyjęli dziadek, ojciec czy inni wielcy krewni. Dla niego wieczność - to Bóg. Wolność - to Bóg. Początek i koniec (Ap 21,6). To narzędzie pomocne w pokonaniu nawyków, ludzkich tęsknot, nawet najserdeczniejszych przywiązań. To siła pomagająca w rozwiązaniu wszystkich zapętlonych ścieżek, nieporozumień, rozterek.
"Przybywaj Guciu" - kolejny raz pisze ojciec. I otrzymuje odpowiedź: "Przede wszystkim niech się wypełni wola Boża". Uważa bowiem August, że wskazując klasztor Bóg wskazał mu również zadania. Stąd marzyło się mu, by powstało w Polsce wiele domów salezjańskich, w których będzie wychowywana wierna Bogu młodzież. Sobie zaś przypisywał, że to właśnie jemu Bóg zleci tą krucjatę do Ojczyzny. Że to on ruszy na podbój serc rodaków, niczym misjonarz, że to on przyprowadzi ich ku Bogu .
Sporządza testament i zapisuje zgromadzeniu cały swój majątek, jaki odziedziczył po matce. Staje się ubogi w Panu, a przy tym radosny i wesoły jak nigdy. I wydawać, by się mogło, że to już koniec cierpień zakonnika Augusta. Nie! Ojciec wyciąga najcięższy kaliber, by zmusić syna do porzucenia klasztoru. Pomawia zgromadzenie o "żerowanie na gorliwości". Cierpi zgromadzenie, ale najbardziej cierpi August, którego zdrowie zdecydowanie się pogorszyło. Dzięki Bogu, nie załamuje to zakonnika, stara się gorliwie wypełniać obowiązki, uczy się pilnie, a nawet gdy jest taka potrzeba biegnie za piłką, bawiąc nieporadnością i śmiesznością zbyt wybujałej sylwetki.
Jasnym promykiem w tej drodze krzyżowej staje się dzień 2 października 1888 roku, dzień profesji zakonnej. Ale nie długo słońce jaśniało na obliczu Augusta - już w rok później gruźlica opanowuje prawe płuco. Dla chorego zakonnika staje się jasne, że nie będzie mógł pracować z młodzieżą, że nie poprowadzi legionów Polaków do Ojczyzny.
Tymczasem w rodzinie popłoch - oto skutki nierozsądnego pomysłu Gucia. Zgromadzenie zniszczyło zdrowie Augusta. Tłumiona do tej pory gorycz nagle znajduje upust.
"Wszystko w rękach Boga" - broni się August. Jest spokojny i radosny, żyje wiarą. Nie lęka się ojca. Stara się swoim spokojem emanować na rodzinę. Ale książę Władysław nie ustępuje. Wysyła do syna lekarza domowego, którego zadaniem było wyrwanie zakonnika z klasztoru
- powrót Augusta do domu. Na nic zdały się perswazje
- August nie ustępuje. Nie pomoże nawet list kardynała do ks. Rua, przełożonego zgromadzenia po śmierci ks. Jana Bosko, w którym arcybiskup prosi, by zmusił księcia Augusta do opuszczenia celi zakonnej.
"Takiego rozkazu wydać nie mam prawa. Książę August wymógł przyrzeczenie od ks. Bosko, iż nigdy do opuszczenia zakonu, nawet na chwilę, nikt go namawiać nie będzie. Jeśli on sam czasowego opuszczenia klasztoru zażąda (...),
don Rua da przyzwolenie na wyjazd".
A August, nękany gorączką, kaszlem, krwotokami, udręczony żądaniami rodziny, wprawdzie współczuje ojcu, ale nie ustępuje. Przecież śmierć to wrota do wieczności...
Świadom ciężaru jaki swoim uporem sprowadził na zgromadzenie, świadom, że stał się przyczyna cierpień rodziny, rozdarty, chory, zagubiony w sprzecznych sądach, mocno wspiera się na Bogu. I nie straszne są dla niego nawet wieści z Rzymu, że na prośbę ojca papież Leon XIII godzi się na wyjście Augusta z klasztoru. On wierzy Bogu, wierzy, że przez cierpienie zbliża się do Dobra Wiecznego.
"Zakonnik powinien umierać w klasztorze" - mówi August i dalej kroczy drogą krzyżową na Golgotę.
Nadchodzi list z Watykanu - "chory ma być otoczony specjalną, troskliwą opieką". Przełożeni podporządkowują się zaleceniom, nie pozwalają na ubóstwo. Ojciec godzi się z synem, który poddaje się woli lekarzy. Wyjeżdża do Bordighiery (miejscowość z mikroklimatem) do domu salezjańskiego. Rodzina odwiedza chorego, a ojciec nawet pozostaje z nim kilka dni.
Choroba nasila się. August cierpi - cierpi z niemocy, z tego, że musi korzystać z pomocy współbraci, których - jest o tym świadom - może zakazić, że musi przyjmować zabiegi troskliwej rodziny. Jego ubóstwo sięga bowiem nawet do emocji. Wierny Bogu pragnie oderwać się od wszystkiego co drogie tu na ziemi.
A tymczasem książę Władysław żąda nadal, by syn opuścił dom zakonny i udał się do uzdrowiska. Przełożeni ustępują. Posłuszny kleryk rozpoczyna wędrówkę po ośrodkach kuracyjnych. Prosi tylko o jedno: o kaplicę i kapelana. Chce przyjmować sakramenty, modlić się razem z kapłanem.
Konflikt miedzy przełożonymi a rodziną Czartoryskich ponownie przybiera na sile. Tym razem przyczyną jest spóźniony list od przełożonych, bez którego August nie chce poddać się planom rodziny. Padają oskarżenia. Ojciec nie wierząc zakonnikom, umieszcza przy synu ks. de Jardina, duchownego cieszącego się dużym zaufaniem. Sytuacja staje się trudna dla kapłana, ale i dla Augusta, który nie żąda tłumaczeń, jest pokorny i cierpiący. Wkrótce książę Władysław otrzymał list: "Syn waszej książęcej mości to wielka świetlana postać" - pisze ks. de Jardin.
Mimo choroby August nie przestaje się uczyć. Wraz z chorym przyjacielem robi wszystko, by przed śmiercią dostąpić łaski sakramentu kapłaństwa.
W 1892 roku ksiądz Rua dopuszcza Augusta do świeceń, uzależniając je jednak od zgody ojca. Pośrednictwa w tej kwestii podjął się ks. de Jardin. W Mentonie spotyka się ojciec i syn - August uzyskuje od ojca zgodę na przyjęcie sakramentu kapłaństwa.
Najpierw święcenia subdiakonatu, a w trzy miesiące później, w Niedzielę Męki Pańskiej, August otrzymuje święcenia kapłańskie (2 IV 1892). Świątynia wypełniona fioletem i czernią. Powaga. Półmrok. Cisza towarzyszy pierwszej Ofierze prymicjanta. Nie ma na tej wzniosłej i wymodlonej uroczystości ani ojca, ani kochającej ciotki, która kiedyś zastępowała mu matkę (zadrażnienia rodzinna nadal istnieją). Obecna jest jedynie macoch, wierna przyjaciółka. I tym razem stoi obok Augusta.
3 maja, w święto NMP Królowej Polski, w rocznicę Konstytucji, ksiądz August odprawia rodzinną Mszę św. prymicyjną w Mentonie.
Potem, każdego dnia - i tak przez rok, szczupły, lekko pochylony kapłan sprawuje Świętą Ofiarę. I nic to, że coraz częściej dostrzec można na jego twarzy wysiłek, krople potu. Że choć świadomy zbliżającego się kresu ziemskiej pielgrzymki, cieszy się wielką liczbą Polaków, którzy wstąpili do Zgromadzenia Świętego Franciszka Salezego, że uśmiecha się dobrotliwie i spokojnie mówi: "Warto się trochę pomęczyć".
Coraz bardziej słaby, nie mogący się utrzymać na nogach, z drżącymi rękoma, korzystać musi z pomocy polskich współbraci. Jeszcze spaceruje po pokoju, patrzy i patrzy gdzieś daleko. I nic to, że ten ostatni krzyż dźwiga z uśmiechem, że mówi: "do niczego nie jestem zdatny" - cierpi na pewno cierpi. Cierpi tak po ludzku. I być może tak jak Chrystus wołał w duchu: "Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!" (Łk 22, 42).
8 kwietnia 1893 roku, sobota po Wielkanocy - godzina siedemnasta - różaniec. "Zdrowaś Maryjo"... Ksiądz August przerywa modlitwę... Prosi szeptem o spowiednika. I znów milknie... Śpi? - Nie! Oddech coraz krótszy. Ponownie cichutko woła: "Domine, Jesu... Christe..., Christe..." - traci świadomość. Oddech nadal nieregularny. Przyjmuje Oleje Święte... Godzina 21.05 oddech urywa się - odchodzi do Pana.
Zabalsamowane szczątki, przez trzy granice docierają do Sieniawy.
I rok 2004, ziarno zasiane przez Siewcę zmartwychwstało, by dać świadectwo, że droga do Boga prowadzi przez cierpienie. By dodać ducha umęczonej Ojczyźnie, zżeranej rdzą niezgody, pozbawionej ideałów. By Polacy pomni słów św. Tomasza z Akwinu nie zapomnieli, że "świętość zasadza się na tym, by ustawicznie do niej dążyć".
By
BÓG - HONOR - OJCZYZNA
znów nabrały znaczenia, jakim hołdowali Czartoryscy.
|