Czartoryski Jerzy


Książę Jan Chrzciciel Franciszek Czartoryski, Ojciec Michał - kapelan III Zgrupowania AK "Konrad", jeden z wielu bohaterskich kapłanów czasów Sierpnia 1944 r.

"Padł, spełniając święty obowiązek" Ojciec Michał (książę Jan Chrzciciel Franciszek Czartoryski) znalazł się w gronie 108 męczenników beatyfikowanych w Warszawie 13 czerwca 1999 r. przez Ojca Świętego Jana Pawła II. Bo też i jego życie i działalność duszpasterska dała świadectwo męczeństwa. Służby potrzebującym pomocy i ofiary życia za wolną Polskę.

Urodził się 18 lutego 1897 r. w Pełkiniach k. Jarosławia. W jego domu rodzinnym obowiązywała zasada sławnego krewnego, księcia Adama Czartoryskiego, że katolicyzm nie powinien być z miłości Ojczyzny, ale patriotyzm z miłości Boga. Ojciec - ks. Witold był prezesem Sodalicji Mariańskiej, a jego matka - Sodalicji Pań. W ich pałacu w latach 30. odbywały się rekolekcje dla inteligencji, a pałacowa kaplica służyła za filię kościoła parafialnego dla całej okolicy.

Jan w 1918 r. jako ochotnik wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Był adiutantem brygadiera Mączyńskiego. Za ofiarną walkę w obronie Lwowa został odznaczony w 1920 r. Krzyżem Walecznych i odznaką za walkę w pierwszej linii, po czym, na zlecenie władz wojskowych, uczestniczył w pracach plebiscytowych na Śląsku. Był jednym z założycieli Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej "Odrodzenie" - wielkiego ruchu, który przyczynił się po latach niewoli do odnowy inteligencji katolickiej w Polsce.

Dominikański habit

W 1923 r. odbył rekolekcje własne w klasztorze oo. Redemptorystów w Krakowie, a trzy lata później wstąpił do Seminarium Duchownego we Lwowie, by po roku wybrać życie zakonne. Wybrał zakon dominikański. Habit przywdział w kościele oo. Dominikanów w Krakowie 18 września 1927 r., otrzymując imię zakonne Michał. 25 września 1928 r. złożył śluby zakonne. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk ks. bpa Franciszka Bardy 24 grudnia 1931 r. w kościele ojców Dominikanów w Jarosławiu.

Do Warszawy przybył w roku akademickim 1936-1937. Przez rok kierował budową dominikańskiego klasztoru na Służenie. Gdy w 1937 r. przeniesiono kolegium filozoficzno-teologiczne dominikanów ze Lwowa do Warszawy, objął w nim urząd magistra studentów. O. prof. Albert Maria Krąpiec wspominał, że to właśnie o. Michał zachęcił go do pracy naukowej.

W liście do swej siostry, wizytki, w czasie II wojny światowej tak pisał o cnocie męstwa: najcharakterystyczniejszym jej objawem jest wytrwałość i to nie raz, kiedyś, choćby dla oddania życia za wiarę (to najszczytniejszy akt męstwa - męczeństwo), ale wytrwać dla miłości Bożej - nic w ogóle w zasadach, w szczegółach, przeciwnościach - ale wytrwać na każde "teraz". (...) Czynem zewnętrznym i wewnętrznym mam pokazać Bogu, że Go kocham ciągłą intencją, ciągłym skupieniem, ciągłym uszanowaniem - ciągłym przywiązaniem, przylgnięciem, ofiarowaniem się służyć mam Panu i Stworzycielowi mojemu.

Kapelan powstańców

W 1939 r. kolegium zostało przeniesione do Krakowa. Ojciec Michał do stolicy wrócił wiosną 1944 r. Odwiedził przy tym ks. Władysława Korniłowicza, swego kierownika duchowego z okresu studiów i przyjaciela, u którego zasięgał rady w sprawach swego życia duchowego i w ważnych decyzjach życiowych.

1 sierpnia 1944 r. znalazł się na Powiślu. Walki uniemożliwiły powrót do klasztoru. Wiedział, że brakuje kapłanów, toteż bez namysłu zgłosił się do komendy III Zgrupowania AK "Konrad". Natychmiast został mianowany kapelanem i skierowany do pracy duszpasterskiej w kościele Św. Teresy oraz w różnych punktach szpitalnych, z których największy mieścił się u zbiegu ulic Tamki i Smulikowskiego, w piwnicy dawnej firmy "Alfa-Laval". Tam urządził kaplicę i przez pięć tygodni służył ofiarnie rannym.

Krystyna Wiśniewska-Zotkiewicz "Gejsza" wspominała, jak w bramie budynku Ubezpieczalni Społecznej przy ul. Smulikowskiego ustawiono ołtarz, przy którym o. Michał odprawił Mszę św. dla III Zgrupowania AK "Konrad": - Było to dla nas wielkie, wzruszające i podniosłe wydarzenie. Oto na kawałku wolnej Ojczyzny mogliśmy prawdziwie po katolicku, z Bogiem, przeżywać pierwszą niedzielę powstania. O. Michał wspaniale pomógł nam uświadomić sobie wagę tych rzeczy, wagę bycia właśnie tam i właśnie z Bogiem (...). Dla każdego miał słowa otuchy i nadziei. Dzięki o. Michałowi było nam lżej w czasie trudnych chwil i po nich, mieliśmy odwagę przed tym, co nas czekało i wiarę w słuszność naszego wyboru, bo walczyliśmy o wolną Polskę z błogosławieństwem Bożym.

Po 15 sierpnia, gdy narastały ataki niemieckie na Powiśle - żył w kręgu śmierci - jednych przygotowywał do niej, drugich odprowadzał na wieczny spoczynek. Zamieszkiwał wówczas u państwa Kaszniców. Zafascynowało ich u Niego skojarzenie uduchowienia i świątobliwości z rozsądkiem i życiowością, jak u wielkich świętych. 15 sierpnia, w Dniu Święta Żołnierza, odprawił Mszę św. Byliśmy zahipnotyzowani stoickim spokojem ojca kapelana celebrującego Mszę św., a następnie Jego kazaniem. Gorące słowa otuchy uskrzydlały nas i mobilizowały do największych wyrzeczeń. Czuliśmy się jedną wielką rodziną walczącą o byt i godność - zapisał któryś z żołnierzy AK.

Powołany do ofiary

Kiedy Powiśle znalazło się w centrum walk, Zgrupowanie "Konrad" wycofało się wraz z lekarzami, sanitariuszami i rannymi, którzy mogli poruszać się samodzielnie, do Śródmieścia. Transport jedenastu ciężko rannych z ciasnych przekopów i piwnic, wśród płonących domów, był niemożliwy. O. Michał do końca nie ściągnął habitu, nie skorzystał z możliwości ukrycia się przed Niemcami w przebraniu i choć wiedział, że czeka Go śmierć, powiedział, że szkaplerza nie zdejmie i rannych, bezbronnych, nie opuści. Są relacje świadków, że ranni prosili Go, by nie odchodził, bo kiedy się znajdował przy nich, czuli się bezpieczni i spływał na nich niewytłumaczalny spokój.

6 września, około 13.30 na ulicę Smulikowskiego wkroczyły niemieckie patrole brygady Dirlewangera, złożone z przestępców i kryminalistów, prawdopodobnie pod dowództwem Scholdkego, osławionego jako "kapo" z obozu w Auschwitz. Niemcy wpadli do szpitala z krzykiem: - Hier, polonische Banditen sind! Zabrali stamtąd wszystkie pielęgniarki, by - wedle swoich słów - przenieść je do własnego szpitala. Rannych obiecali przewieźć do prawdziwych szpitali. Jaki był ich prawdziwy los, możemy się tylko domyślić...

O. Michał pozostał do końca z rannymi powstańcami i cywilami. - Pamiętam dobrze ostatnią Mszę św., którą o. Michał odprawił raniutko w dniu upadku Powiśla. Modlił się wtedy żarliwie. Wzmacniał tą modlitwą naszą wiarę, dawał nam siłę, tak bardzo nam przecież potrzebną. Szczególnie utkwiło mi w pamięci to, jak o. Michał rozdawał rannym i nam sanitariuszkom komunikanty, po kilka, do ostatniej kruszyny, aby nie dostały się w ręce wroga i nie były zbezczeszczone - wspomina Krystyna Wiśniewska-Zotkiewicz.

Der größte Bandit!

Pewien młody człowiek, który dziękował Matce Bożej na Jasnej Górze, że uszedł z masakry, w której zginął o. Michał (Niemcy strzelili do niego, ale nie ranili śmiertelnie, bo kula odbiła się od guzika), przekazał dominikaninowi o. Ireneuszowi Łuczyńskiemu wiadomość o ostatnich chwilach o. Czartoryskiego. Niemcy wkroczyli ponownie do szpitala około 14.00 i rozstrzelali ciężko rannych w łóżkach, a innych, w tym o. Michała, wyprowadzili na zewnątrz. Tam, oskarżając każdego, że jest bandytą, kolejno rozstrzeliwali. Jeden z nich podszedł do o. Michała i zapytał po niemiecku: - Wer bist du? (Kto ty jesteś?). Ojciec Michał nic nie odpowiedział, tylko podał dokumenty. Wtedy Niemiec, zorientowawszy się, że przed nim stoi kapelan powstańców, krzyknął ze złością: - Der größte Bandit! (Największy bandyta!) Kazał o. Michałowi zdjąć habit, a gdy ten odmówił - wierny do końca powołaniu zakonnemu, Niemiec zastrzelił Go. Ciała wszystkich bestialsko zamordowanych wywleczono na pobliską barykadę - podpalono benzyną i spalono. W kilkanaście minut po tym zdarzeniu jakiś robotnik odnalazł w tłumie gnanych z Powiśla ludzi znanego sobie prof. Stanisława Kasznicę i powiadomił go o tragicznej śmierci kapelana i o tym, że na rozkaz Niemców zmuszony był wyciągnąć Jego ciało.

Ocalałe szczątki pochowano tymczasowo na podwórzu pobliskiego domu. Gdy po roku przeprowadzano ekshumację, by złożyć je we wspólnym grobie powstańczym na Woli, nie potrafiono już ich rozpoznać.

Prowadził dusze do Pana Boga

Zaraz po śmierci o. Michał zaczął się cieszyć opinią świętego i męczennika wśród braci zakonnych i znających Go osób świeckich. Jak powiedział o bohaterskiej śmierci o. Michała Czartoryskiego metropolita krakowski abp Adam Sapieha: - Padł on, spełniając święty obowiązek kapłański, prowadząc dusze do Pana Boga. Życie o. Michała zresztą zawsze odznaczało się wielką miłością Boga i ludzi, dla których umiał być pewnym przewodnikiem czy jeszcze jako świecki, czy potem jako zakonnik. W ten sposób dla Chrystusa zrealizował do końca swoje powołanie, na temat którego pisał: Jestem obowiązany i powołany do ofiary, aby wydać siebie na całopalną ofiarę dla Niego, z miłości oddać się i poddać się Mu we wszystkim całkowicie. Zdaniem Jego siostry, Marii Weroniki (Anny) Czartoryskiej, wizytki, zginął jak męczennik za świętą sprawę, ratując dusze, a więc zapewne dane mu było przejść od razu do szczęścia wiecznego, na które zasłużył nie tylko tym ostatnim czynem heroicznym, bo moc do śmierci takiej wysługuje ofiarne i święte życie.

Hołd złożył m.in. w liście kondolencyjnym do ojca Witolda Czartoryskiego Stefan Dąbrowski, prof. medycyny, pierwszy rektor Uniwersytetu Poznańskiego, po wojnie w 1945 r.: Kto znał tę piękną, jednolitą, wszelkich wahań pozbawioną duszę, pełną gotowości, ofiary i męstwa, ten nie mógł mieć żadnych wątpliwości, że rozkazu opuszczenia chorych "Michał", a twój kochany Jaś, nie wykona. Został z nimi, z ciężko rannymi żołnierzami polskimi. On dawny żołnierz kresowy, dziś sługa Chrystusowy, pokorny a nieustraszony. O śmierci zawsze mi mówił spokojnie, z głęboką wiarą i ufnością. Toteż stanął u stóp Chrystusowych pokornym raportem, iż swych cierpiących braci nie opuścił. Lecz wytrwał przy ich łożu boleści wśród płomieni i gradu pocisków, dysponując na śmierć tych, których na pewno i sakramentami pasował na Chrystusowych w końcu żołnierzy. Taka była śmierć o. Michała i taką właśnie Bóg mu przeznaczył, ku chwale swej powołując go w takich właśnie okolicznościach.

Alicja Trześniowska
historia@naszapolska.pl